jak zrobić buty - buty handmade zrobione na warsztatachJeszcze niedawno myślałam, że moją granicą twórczości jest robienie butów – że bez szans, tego się nie da porządnie zrobić samemu! Nawet nie próbowałam zastanawiać się, jak wygląda proces i jakie umiejętności muszę zdobyć, żeby zacząć. Ten tekst (i film!) jest o tym, jak przekroczyłam swoją granicę “nie da się” i dzięki przefajnym warsztatom zrobiłam własne buty.

Umiejętność wykonywania rzeczy samodzielnie daje mi poczucie kontroli. Uwielbiam wiedzieć, jak będzie leżeć na mnie sukienka. Uwielbiam móc robić swoje kosmetyki, uprawiać swoje warzywa. Dlatego gdy przez przypadek na Instagramie znalazłam warsztaty robienia butów – butów, które całe życie miałam POZA KONTROLĄ – wiedziałam, że muszę spróbować.

Okazało się, że londyńska szkółka I Can Make Shoes prowadzi je już od dziewięciu lat! Z całej oferty wybrałam weekendowy warsztat robienia płaskich butów. Kurs kosztował 350 funtów, w cenie było 10 godzin nauki i wszystkie potrzebne materiały. W ciągu weekendu miałam zrobić buty od zera, i to według mojego projektu! Mailowo przesłałam projekt buta, swój rozmiar stopy i detale jeśli chodzi o dopasowanie.

Do Londynu poleciałam dzień po totalnym załamaniu – takim dniu, w którym wszystko, czym się zajmuję, wydawało się nie mieć sensu. Dlatego też nie miałam zbyt wygórowanych oczekiwań – chciałam przede wszystkim, żeby wyjazd poprawił mi nastrój. Gdzieś z boku była też myśl, że byłoby super wrócić do domu z parą wymarzonych butów i z nowymi umiejętnościami. Starałam się jednak nie tworzyć w głowie wygórowanych oczekiwań, żeby na pewno się nie rozczarować.Gdy w sobotę rano weszłam do pracowni I Can Make Shoes, na stole czekały już szablony butów zrobione specjalnie na mnie, kopyta o wybranym kształcie. No i trzy prowadzące, które powitały mnie najcieplejszym uśmiechem świata!

 

Jak się robi buty?

Jednym z naszych pierwszych zadań było wybranie materiałów na buty. Jechałam z założeniem, że chcę zrobić jak najprostsze buty w stylu balerin d’orsay, najlepiej szare albo brązowe. Ale gdy zobaczyłam, jak duży mam wybór – przepadłam! Jeśli w sklepach brakuje prostych butów, to pewnie dlatego, że projektanci na co dzień widzą takie cuda ;)

Na nosek buta wybrałam ciemnoróżową, delikatną skórkę licową, a na piętę – bardzo grubą skórę o kolorze karmelu. Dowiedziałam się, że przez dobór skrajnie różnych materiałów nauczę się różnych technik – tył miał być formowany na mokro, a przód naciągany na kopycie i zszywany z dwóch warstw. Super!

W kursie uczestniczyły w sumie cztery osoby – więc nie było momentu, w którym poczułabym się zagubiona w procesie.Szybko okazało się, że robienie butów wcale nie jest abstrakcją. To raczej zbiór wielu dość prostych technik: wbijania gwoździ, naciągania skóry, szczypty szycia… Ze skórą i materiałami skóropodobnymi pracuje się inaczej niż z tkaninami – można nadawać im kształt na mokro, można je naciągać i formować. Używa się też nieco innych narzędzi: młotka, nożyków do skóry, opalarki, dremela, zmywalnych znaczników…  Ale absolutnie wszystko jest do ogarnięcia.

Po jednym dniu warsztatów moje buty wyglądały tak:

Drugiego dnia pozostało nam ostatecznie uformować buty, dorobić podeszwy i skleić wszystkie warstwy ze sobą.… A tak wyglądały buty wszystkich uczestników już po skończeniu! To screeny z Instagram Stories I Can Make Shoes.

Buty mogłam zmierzyć dopiero po dwóch dniach. I okazały się być idealnie dopasowane! Są miękkie, nic nie gniecie, nic nie spada. Kształt jest dokładnie taki, jakiego szukałam przez co najmniej cztery lata – nosek to lekki migdał, a z tyłu jest mini-mini obcas! Jestem nimi zachwycona, a jeszcze bardziej cieszy mnie fakt, że wyniosłam z tych warsztatów umiejętność robienia butów. Serio! Kupuję parę drobnych akcesoriów i zabieram się za trenowanie na prostych modelach!


Warsztaty były moją nagrodą za pracę nad kursem szycia spódnic – i powiem Wam, że w tej roli  sprawdziły się świetnie! Wróciłam z olbrzymią dawką motywacji i – co najważniejsze – z poczuciem, że otworzyły się przede mną nowe drzwi, które do tej pory były zabite deskami i oklejone taśmą “uwaga, nie wchodzić”.

Często tkwimy w takich swoich nie da się. “Nie umiem szyć, bo mam dwie lewe ręce”. “Robiłabym ładniejsze zdjęcia niż te, które widzę na Instagramie, ale nie mam aż tak dobrego aparatu”. “Nie mogę włączyć trybu samolotowego na noc, bo co jak będzie jakiś wypadek?“. Te nie da się często są błędnymi założeniami, ale gdy sami siebie wkładamy do takiej szufladki, to niejako uprawnia nas, by już nawet nie próbować.

Dla mnie w tamten weekend granica się zatarła. Rozciągnęłam mózg. Pokonałam własne bariery myślowe. Jestem z tego cholernie dumna.

Na deser mam dla Was film z warsztatów nagrywana na bieżąco w formie vloga. To dla mnie zupełnie nowa forma, więc dajcie znać, czy powinnam takie rzeczy nagrywać częściej!

Fajnie jest przesuwać granice swojego nie da się. Gdzie aktualnie leży Twoja?