dobry poród w szpitaluDługo zastanawiałam się, czy publikować ten wpis, czy nie powinnam zachować tej historii dla siebie. Od czego jest jednak blog, jeśli nie od pisania o rzeczach ważnych?

W kwestii porodu wciąż sporo mówi się o strachu, o bólu nie do zniesienia, o złych doświadczeniach ze szpitalem. W moim porodzie nie było żadnej z tych rzeczy. Niech ta historia będzie drobnym głosem, który cicho szepnie kobietom do ucha: w Polsce też da się mieć dobry poród.


Zaczęłam oswajać temat porodu gdy tylko dowiedziałam się, że jestem w ciąży. Miałam szczęście trafić w tym czasie na dobre miejsca w internecie i na osoby, które niczym nie straszyły. Drążyłam, drążyłam i znalazłam opcję, która bardzo mi się spodobała – poród domowy.

Bardzo chciałam, jeśli będzie to możliwe, uniknąć szpitala i niepotrzebnych interwencji medycznych. Podpisałam więc umowę z położnymi, które specjalizują się w przyjmowaniu porodów w domu. Takiego porodu nie może jednak mieć każdy – ciąża musi przebiegać szablonowo, trzeba spełniać rygorystyczne kryteria, żeby zminimalizować ryzyko. Ostateczną kwalifikację i przegląd badań robi się w 37 tygodniu.

W 36 tygodniu, w środę 18.09, poszłam na rutynową wizytę do ginekologa. Wszystko wyglądało bardzo dobrze. Położna, przez której ręce też w międzyczasie przechodziłam, pod sam koniec wizyty chciała jeszcze zmierzyć tętno dziecka.

– No co za niegrzeczna dziewczynka! Szukam szukam i nie mogę się ustawić… oho, mam. Ale nisko! Doktorze, czy to dziecko nie było przypadkiem już bardzo nisko? Ty mi Julia już po galeriach nie biegaj, odpoczywaj sobie, żeby zaraz nie urodzić!

Jasne, pomyślałam sobie, przecież teraz wszystkie dzieci rodzą się po terminie. Poza tym ja i galerie? Oczywiście że nie biegam. Mam jeszcze czas.

O, jakże się myliłam.

 


 

Tego samego dnia wieczorem zupełnie nie mogłam znaleźć sobie miejsca. Skończyłam już bardzo fajny serial. Nie miałam pomysłu na obiad na następny dzień. Wszystko, absolutnie wszystko mnie irytowało. Na domiar złego naszła mnie szalenie mocna zachcianka na chrupiące ciasteczka maślane, najlepiej obsypane grudkami cukru. To poirytowało mnie jeszcze bardziej, bo przecież w ciąży trzeba się jednak trochę lepiej odżywiać.

Rozdrażniona usiadłam z telefonem w ręku i zaczęłam szukać nowych seriali, które mogłabym oglądać. Po chwili… usłyszałam ciche pyknięcie. Coś nisko w moim brzuchu lekko strzeliło. Wstałam i w tym momencie poczułam, że… odeszły mi wody.

Zawołałam Szymka. Popatrzyliśmy sobie w oczy, które w tym momencie były większe od pięciozłotówek. Ogarnęła mnie panika.

W mojej głowie zaczął się ciąg myśli, dlaczego to NIE jest dobry moment na poród. Po pierwsze, jest za wcześnie. Do terminu zostały cztery tygodnie. Położna nie przyjmie porodu w domu. Nie mamy pojęcia, czy będę mogła rodzić naturalnie. No i gdzie w ogóle rodzić?! Poza tym nie mieliśmy jeszcze łóżka, wózeczka, fotelika, wciąż prowadziłam kampanię sprzedażową, dopiero miałam pójść na urlop, w domu był totalny bałagan…

– Ale Julia, u nas to musiało tak wyglądać.

Nogi trzęsły mi się ze stresu, ale głos Szymka podziałał jak łagodzący balsam.

No tak. Dużo rzeczy u nas dzieje się spontanicznie. Zaręczyliśmy się papierkiem po Snickersie, bo była to jedyna rzecz, którą akurat dało znaleźć się w kieszeni. Przyspieszyliśmy decyzję o adopcji psa, gdy akurat potrzebowaliśmy psiego aktora do pewnego ważnego filmu. Ostatnio rozmawialiśmy o tym, że gdyby na naszym weselu było niedobre jedzenie, po prostu zamówilibyśmy pizzę.

Dlatego to zdanie bardzo mnie uspokoiło. To my. U nas przecież to musiało tak wyglądać.

Szymek zadzwonił do naszej położnej. Nie, na pewno nie przyjmie porodu w domu. Spróbuje jednak podzwonić do koleżanek ze szpitali, by dowiedzieć się, gdzie mogą nas przyjąć. Uspokoiła nas i powiedziała, że możemy wyruszyć do szpitala za jakieś dwie godziny.

Szybko ustaliliśmy podział ról: Szymek pakuje torbę do szpitala, a ja próbuję się zrelaksować.
Zgasiłam światło w łazience, zapaliłam świeczki, rozpyliłam olejek lawendowy, puściłam nagranie z afirmacjami porodowymi i weszłam pod prysznic. Znajomy głos zaczął wypowiadać kojące zdania:

Moje ciało wie jak urodzić. No jasne, że wie. Ja jeszcze nie wiem, ale ciało wie!

Podejmuję najlepsze na ten moment decyzje dla siebie i dla mojego dziecka. Najlepsze na ten moment byłoby uspokojenie się. I proszenie ciała o skurcze.

Nogi powoli przestawały się trząść, a ja zbierałam myśli. Dźwięk i dotyk wody zadziałały bardzo relaksująco. Po dwóch kwadransach byłam gotowa na to, co będzie się działo. Będę rodzić. Już niedługo. I poradzę sobie.

Poprosiłam Szymka o zgaszenie świateł w domu i poszłam się położyć. W międzyczasie dowiedziałam się, że mogę rodzić w Oleśnicy. Zdecydowaliśmy się jechać tam za jakąś godzinę. Bardzo chciałam poleżeć, jeszcze chwilę wypocząć. Prosiłam ciało o to, żeby zaczęły się skurcze. Ciało posłuchało. To nie były jednak wielkie bóle, które często pokazuje się w serialach – po prostu lekki dyskomfort, którego nie było nawet widać na mojej twarzy.

Do szpitala miał nas zawieźć teść. Poprosiłam, by w drodze było ciemno i cicho. I żeby przywiózł maślane ciasteczka. Najlepiej takie posypane cukrem. Bo ciasteczka, przy wysiłku, który miał mnie czekać, nagle wydały mi się być sensownym krokiem.

 


 

Chwilę przed drugą w nocy byliśmy w Oleśnicy. Zbadano mnie, na szczęście miałam jeszcze sporo wód. Dowiedziałam się, że wszystko zmierza w dobrym kierunku, ale mam jeszcze czas. Na USG okazało się, że urodzę kruszynę – szacowano jej masę na 2500g.

Fantastyczne było to, że na miejscu poczułam się zaopiekowana. Wcześniej bardzo bałam się, że szpital uruchomi we mnie odruch samoobrony. Tyle się naczytałam o bojach z personelem, a tu wszyscy do rany przyłóż! Widać było, że chcieli tego, co najlepsze dla mnie, że szanowali moje potrzeby. Dlatego postanowiłam – luzuję i po prostu im UFAM.

W międzyczasie teść z Szymkiem weszli w tryb rozwiązywania problemów – załatwili, że mogę skorzystać z pokoju narodzin i usług (jeszcze innej) prywatnej położnej. Kilka rozmów, telefonów i zorganizowali to w środku nocy! Jestem im za to bardzo wdzięczna, bo wtedy w ogóle nie miałam głowy do planowania, a jestem pewna, że to dzięki temu mój poród był tak dobry.

Pielęgniarki odesłały mnie do łóżka z poleceniem, bym postarała się jeszcze wypocząć. Szymek pojechał do domu – miał czekać na mój sygnał rano. Mój plan na resztę nocy był taki – chociaż na chwilę przysnąć, wyciszyć nieco skurcze. Wiedziałam, że muszę mieć siły na właściwą akcję. Ciało znów posłuchało – ze skurczy co 5 minut zrobiły się takie co 10-15 minut. Między nimi relaksowałam się. Myślę, że raz udało mi się nawet przysnąć.

 


 

Koło 6 rano już nie mogłam leżeć, bo w tej pozycji skurcze były bardziej bolesne. Usiadłam więc na piłce, która znajdowała się w pokoju. Zadzwoniłam po Szymka, żeby przyjechał i koniecznie przywiózł mi kolejne ciasteczka maślane posypane cukrem. (Bo to był mój kolejny lęk związany ze szpitalem – że pewnie zabronią mi jeść, gdy już wejdę na salę porodową. Dlatego wymyśliłam, że będę potajemnie chrupać.)

Położne widząc mnie na piłce postanowiły podłączyć mnie do KTG, żeby zbadać skurcze. I – dla osób, które w tej historii szukają bólu – to była najmniej przyjemna część porodu. Byłam podłączona na leżąco i przez tę pozycję na skurczach wiłam się z bólu. Wciąż jednak uważam, że to nie był ból nie do zniesienia. Skurcz trwa od 40 do 60 sekund, w tym czasie ból powoli rośnie, osiąga punkt kulminacyjny i opada. Naprawdę da się to przeżyć. Położne uspokajały, że to tylko parę skurczy, potrzebują piętnastu minut zapisu. Dałam radę.

W międzyczasie Szymek dojechał na miejsce. Zbadano mnie i dostałam zielone światło – mogłam iść do pokoju narodzin! To tam poznałam położną, która miała poprowadzić poród.

Położna na wstępie powiedziała, że ona też chciała rodzić w domu i że jej też nie wyszło – dlatego rozumie, jak się czuje i postara się zapewnić mi możliwie “domowe” warunki. Zaproponowała, że poprosi o przyniesienie mi śniadania (co za zdziwienie!), a potem będę mogła pójść pod prysznic. Znów poczułam się bezpiecznie – śniadania odmówiłam, ale odważyłam się zdradzić jej, że mam suchy prowiant w postaci ciasteczek. Skorzystałam za to z propozycji prysznica i to była jedna z lepszych porodowych decyzji.

Prysznic, ach, prysznic! Na skurczach polewałam dół pleców i brzucha – ciepła woda świetnie przygłuszała ból. Między skurczami bardzo starałam się zrelaksować, odpuścić wszelkie napięcia. Szymek, który był obok, przypominał o oddychaniu. Położna co jakiś czas zaglądała sprawdzić jak się czuję, ale przez większość czasu byliśmy sami.

Skurcze były już regularnie co 3 minuty i trwały dość długo – około minuty. Miałam więc minutę polewania się wodą i oddychania, a potem 2 minuty odpoczynku. Naprawdę do przeżycia!

Po dwóch godzinach pod prysznicem okazało się, że… rozwarcie jest już prawie pełne. Czyli zaraz rodzimy! Na tym etapie nie mogłam już wrócić pod prysznic, a poczułam, że bez wody jest mi nieco ciężej przechodzić przez skurcze – poprosiłam więc o gaz rozweselający. Przeciwbólowo działał gorzej niż woda, ale olaboga, dawał niezły haj!

Położna przypomniała nam, że możemy robić co chcemy, na przykład puścić sobie muzykę. Urządziliśmy więc małe karaoke. Możliwe, że byłam już nieco rozchwiana emocjonalnie. Możliwe, że gaz działał odurzająco. Możliwe, że poprosiłam o “Girl like you” i totalnie się rozpłakałam (bo przecież I need a girl like you, chodź tu już, potrzebuję Cię!). Możliwe, że potem zaczęłam się spazmatycznie śmiać (bo pewnie nikt jeszcze rodząc nie płakał słuchając Cardi B).

Siedziałam opierając się na piętach i dłoniach, czasami śpiewałam, czasami się śmiałam. Bardzo podobała mi się ta część porodu. Miałam przeczucie, że teraz będzie już z górki, że moje ciało robi dobrą robotę i na pewno sobie poradzi.

Zaraz miała zacząć się druga faza porodu – “poród właściwy”, czyli parcie. Położna powiedziała, że ze względu na wcześniactwo nie pozwoli mi rodzić w pozycji, w której jestem. Musiałam być na łóżku, żeby między skurczami łatwiej było jej mierzyć tętno dziecka. Uprzedziła też, że dla zdrowia małej, jeśli tętno zacznie spadać, będzie musiała naciąć mnie lub podać oksytocynę. Miała przy tym najbardziej przepraszający ton świata, bo wiedziała, że nie na to się pisałam zakładając poród domowy. Dla mnie jednak to wszystko było okej. W moich idealnych wyobrażeniach porodowych nie rodziłam wcześniaka. Teraz rodzę wcześniaka. Procedury są inne. Rozumiem to.

Położna zaproponowała, bym nie leżała na plecach, tylko na boku – i w tej pozycji było mi bardzo wygodnie. Wciąż myślę, że dużo bardziej bolesne było KTG, pod którym musiałam leżeć na plecach – bardzo współczuję kobietom, które rodzą w tej pozycji.

Położna zachęcała, bym słuchała swojego ciała i nie bała się tego, co mi podpowiada. Co chwilę chwaliła, że bardzo dobrze sobie radzę – wtedy te słowa miały naprawdę duże znaczenie. Po każdym skurczu badała tętno dziecka.

Ja z kolei poczułam potrzebę… ryczenia. Między skurczami uspokoiłam Szymka, że to nie z bólu. Małpowanie Nergala to był mój sposób uwalniania energii. Mówiłam mu co się dzieje, bo bardzo chciałam, żeby się chłopak traumy nie nabawił, żebyśmy oboje dobrze wspominali poród.

Szymek dostał od położnej zadanie – miał grzać pieluszki i rożek pod koszulką, by po porodzie szybko otulić nimi małą.

Wciąż pamiętałam, by oddychać, by nie zaciskać szczęki…

Po chwili położna powiedziała, że ona już na skurczu widzi główkę, że mogę jej dotknąć, jeśli chcę. To było super i dało mi moc. Starałam się myśleć o małej – o tym, że jej jest ciężej niż mi, że ona też mocno pracuje w tym porodzie i że muszę jej pomagać.

O tej części dowiedziałam się już po porodzie, ale dla zachowania chronologii napiszę to teraz. Po około połowie godziny parcia położna nie mogła już złapać tętna małej między skurczami – mała zeszła zbyt nisko i była zbyt mała. Dlatego dla dobra dziecka położna podjęła decyzję o przyspieszeniu porodu i wprowadzeniu procedur, o których wcześniej wspominała.

I tym sposobem na kolejnym skurczu urodziła się ona. Malutka, bo jednak ważyła jedyne 2270 gramów. Zabrano ją na szybkie badania, a po chwili dostałam ją z powrotem – niestety owiniętą w bardzo wiele warstw, bo przez słabo wykształconą warstwę ochronną tłuszczu nie trzymała zbyt dobrze temperatury. Spytałam położną, czy mogłabym przyłożyć ją do siebie chociaż na chwilę – zgodziła się. Dostaliśmy 40 minut głaskania, przytulania, poznawania się.

Jestem wdzięczna za każą sekundę z tych czterdziestu minut. Malutka nie płakała, miała za to otwarte oczy i wyglądała, jakby bacznie omiatała wzrokiem otoczenie. Nie wiem, kto był bardziej zdziwiony – ona czy my.

 


 

W szpitalu zostałyśmy tydzień. Malutka najpierw musiała leżeć w inkubatorze, a potem pod lampą. Przez ten tydzień czułam się otulona miękką pierzynką opieki – pielęgniarki pozwalały dotykać małej, gdy leżała w inkubatorze, a potem przywoziły ją na karmienia.

Nie ukrywam, ten czas to był rollercoaster emocji. Były momenty, w których płakałam, że nie możemy być razem – zwłaszcza że wszystkie inne kobiety miały dzieci przy sobie. Podskórnie czułam jednak, że jak na te okoliczności – przedwczesny poród – mamy naprawdę najlepsze warunki, jakie można było dostać.

 


 

Mimo że wszystko wyobrażałam sobie inaczej, na każdym etapie tej szalonej podróży czułam się bezpiecznie. Od nikogo nie usłyszałam złego słowa. Byłam szanowana. Czułam, że moje dziecko, nawet gdy nie było ze mną, było w dobrych rękach.

A sam poród? Poród zostawił we mnie poczucie wielkiej mocy. Sprawczości. Wdzięczności za to, co potrafi moje ciało. Gdyby więcej kobiet przygotowywało się do porodu, gdyby każde położne, lekarze i pielęgniarki byli tacy dobrzy… jestem pewna, że o porodach mówiłoby się znacznie lepiej.

 


 

Kilka źródeł, które pomogły mi przygotować się do porodu i macierzyństwa:

– Grupa na FB “Błękitny Poród” – afirmacje, dobre historie porodu

– Grupa na FB “Poród domowy” – mnóstwo dobrych historii porodowych i dobrego nastawienia do porodu

– książka “Poród naturalny” Iny May Gaskin – sporo dobrych historii spisanych przez największą promotorkę porodów naturalnych w USA

– książka “Rodzić można łatwiej” Izabeli Dembińskiej – podstawa podstaw

– książka “Karmienie piersią – siedem naturalnych praw” – pełna ciekawostek i praktycznej wiedzy pozycja, którą online można kupić za całe 7 zł(!)

– rozmowy z niestraszącymi bólem koleżankami i kobietami w rodzinie

– wizyta u fizjoterapeutki uroginekologicznej – wyszłam oklejona taśmą i przedawkowana wiedzą na temat mięśni dna miednicy