brak akceptacji, akceptacja pasjiTo nie będzie lekki tekst, jednak ten temat musiał w końcu zostać tu poruszony. Zdecydowanie zbyt często, gdy poznaję osobę ze wspaniałą pasją i rozmowa przechodzi na trochę głębsze tematy, słyszę o braku akceptacji tej pasji przez bliskich. To jest kwestia, która dotyczy wielu z nas, twórców. Chciałabym, żebyśmy dziś trochę się otworzyli i spróbowali wyleczyć nasze twórcze umysły z barier, które tworzą się w nas przez brak akceptacji. Bo musisz wiedzieć, że Twoja sytuacja nie jest odosobniona.

 

„Mama nie rozumie, dlaczego tak bardzo chcę uczyć się szyć.”

„Babcia chce, żebym studiowała matematykę.”

„Koleżanka uważa, że moje hobby jest głupie.”

 

– brzmi znajomo? To tylko ogólne przykłady z pozoru drobnych zachowań, które w ogromnym stopniu wpływają na naszą psychikę. Każdy z nas ma swoją historię. Jeśli w tym momencie przypomina Ci się rozmowa z kimś bliskim, która do tej pory odbija się echem w Twojej głowie – wiesz, o czym mówię.

Twoja historia nie jest odosobniona. Nie chcę używać tu przykładów innych ludzi, dlatego opowiem Ci o swoim.

 


 

Uważam, że w kwestii najbliższych osób miałam sporo szczęścia. Moja mama i babcia bardzo lubiły szyć, dlatego moje pierwsze podejścia do maszyny do szycia przyjęły z aprobatą. Mój chłopak też w pełni to akceptował, zachęcał, z resztą w tym czasie sam zaczynał robić w drewnie – tym sposobem oboje mieliśmy hobby z pogranicza sztuki i ścisłego myślenia.

Najbliżsi zachowywali się więc na medal. Presja przyszła z zupełnie innej strony.

Tak się składa, że przez całą swoją edukację bliższe mi były nauki ścisłe niż „artystyczne zabawy”. W liceum poszłam do klasy matematyczno-fizycznej w szkole, która szczyciła się mianem najlepszej w Polsce (i faktycznie – w naszym roczniku zajęła pierwsze miejsce w ogólnopolskim rankingu szkół). Jak można się domyślić, miałam tam sporo matmy (i lubiłam to), w szkole było ciśnienie na jak największą liczbę olimpijczyków (nie obchodziło mnie to) i panowała atmosfera „wszystko poza naukami ścisłymi jest nieważne” (to już nie było fajne).

Przez to wszystko sama wpędziłam się w myślenie, że moje zainteresowania – rysukniem, ubraniami, wzorami, fotografią – są tylko taką babską fanaberią. Siedziałam więc sobie na lekcjach i nie odważyłam się przyznać ani nauczycielom, ani większości znajomych, że w chwili znudzenia rysuję z tyłu zeszytu nowe modele sukienek.

Dorastałam w towarzystwie, w którym „humanista” i „artysta” były najbrzydszymi obelgami. Dziś już mogę się z tego śmiać, chociaż bardzo długo zajęło mi pozwolenie sobie na mówienie o swoich zainteresowaniach w inny sposób niż:

 

„A wiesz, szyję sobie, takie tam głupoty.”

„Robię zdjęcia, ale tylko hobbystycznie, tak to studiuję na Bardzo Poważnych Studiach.”

„Wiesz no, nic ważnego, mam takiego bloga. Ale nie czytaj go proszę.”

 
Do tej pory, gdy ktoś nazywa mnie artystką, moją pierwszą myślą jest „Czy on chce mnie obrazić? Czy chce umniejszać moją pracę?” :) Jestem bardzo wdzięczna za to, że na każdym etapie edukacji rozwijałam zdolność ścisłego myślenia i na pewno nie żałuję, jednak kwestia braku akceptacji pasji pokutuje we mnie do dziś.

 


 

Ale wróćmy do Ciebie. Chciałabym, żeby ta sytuacja, to parcie otoczenia, o którym właśnie myślisz, nie wpływało na Twoje życiowe wybory. Wiem – łatwo powiedzieć, trudniej zrobić.

Jeśli w Twoim przypadku to też jest kwestia dalszego otoczenia, a nie najbliższej rodziny – dlaczego właściwie masz się przejmować? Nie wiem – tak samo jak nie rozumiem, dlaczego ja się przejmowałam :) Cóż, stało się, a teraz musimy się z tego wyleczyć. Ja myślę sobie tak – dlaczego ludzie, na których opinii właściwie mi nie zależy, mają być decydującym argumentem w kwestii wyboru planu na przyszłość?

No ani odrobiny logiki tu nie ma!

Po czasie, gdy już odważyłam się pójść w swoją stronę i wybrać się do szkoły konstrukcji ubioru okazało się, że otoczenie zaakceptowało te wybory. Po pierwszym lekkim zdziwieniu większość stwierdziła, że to jest super! Że każdy z nas właściwie idzie teraz w swoją trochę dziwną stronę i że musimy się wspierać. Takich znajomych Ci życzę. Może wystarczy się odważyć i opowiedzieć o swoich marzeniach na głos? Okryć się trochę, żeby spotkać się ze zrozumieniem?

A z tymi, którzy nie rozumieją, najlepiej jest po prostu ograniczyć kontakt. Bo czemu na własną prośbę mamy truć się w czyimś towarzystwie? To nie jest proste, jednak czasem to jedyny sposób. Lepiej otaczać się ludźmi, którzy motywują i ciągną nas w górę niż tymi, którzy wysysają z nas energię.

 

Trudniejszą sprawą jest, gdy niezrozumienie przychodzi ze strony kogoś z najbliższych. O kilku takich sytuacjach słyszałam, kilka miałam bardzo blisko mnie. Tu już nie ma jednej prostej metody, pewnie potrzeba będzie sporo długich rozmów i wielu łez. Ale trzymam za Ciebie kciuki i wierzę, ze warto. Że warto pokazać swoją perspektywę, powiedzieć, co się czuje. Powiedzieć o swoich marzeniach. Sprawić, że przestaniesz się czuć winna, że nie jesteś lekarzem, nie studiujesz prawa albo nie wygrywasz już żadnych naukowych konkursów.

Poznałam kiedyś chłopaka, który w bardzo bliskiej rodzinie miał trudną sytuację już od dzieciaka. Ta sytuacja wpłynęła na niego całkowicie – miał w sobie wiele oporów, które trzymały się go jeszcze w dorosłym życiu. Twierdził, że nigdy się z tego nie wyleczy, jednak umiał już mówić o swoich problemach – zwykle nawet opowiadał o nich z wielką dozą poczucia humoru. Podczas jednej z rozmów powiedział mi bardzo piękną rzecz:
 

„No pewnie, mogę się całe życie tłumaczyć, że coś mi nie wychodzi przez tamtą sytuację. Ale nie chce tego robić. Wiem, że pod koniec dnia wszystko, co zrobiłem podczas tego dnia, zależało tylko ode mnie. Jestem całkowicie odpowiedzialny za wszystko, co zrobiłem.”

 


 

Większość z nas ma jakieś swoje demony, które krzyczą do ucha, że nie warto, że nasza pasja jest głupia, że wcale nie ratuje lasów deszczowych i zagrożonych gatunków nosorożców. Trzeba nauczyć się z nimi żyć.

Nauczyć się śmiać ze stereotypów.

Znaleźć ludzi, którzy zachęcają, ciągną w górę, motywują – w dzisiejszych czasach to może być nawet społeczność internetowa.

Nauczyć się opowiadać o swoich problemach – gdy mówi się o nich głośno, od razu patrzy się na nie z większym dystansem.

I, do cholery, po prostu iść dalej i robić swoje.

 


 

Pisanie o tym wszystkim nie jest proste. Chciałam, żebyście pamiętali, że Wasze historie nie są odosobnione i że pod koniec dnia tylko od Was zależy, jak ten dzień spędziłyście. Jeśli chcecie, podzielcie się swoją historią w komentarzach. Tu na pewno każdy Was zrozumie:)
Może spodoba Wam się też:
co jest Twoim niemożliwym wymarzonym zajęciem?
i czy na pewno wciąż jesteś początkujący?

 

Zostańmy w kontakcie!

Zapisz

Zapisz

Zapisz