Uznałam, że najlepszym zdjęciem do tego tematu będzie prawda, czyli ja tu i teraz (bez makijażu, bez fryzury, w koszuli, ale pogniecionej) z jakimiś nieposprzątanymi śmieciami na kanapie.

Mam wrażenie, że gdy opowiada się o tworzeniu własnego biznesu po fakcie, trochę idealizuje się ten obraz. Właśnie trwa nasza kampania na Kickstarterze, a zaraz rusza sprzedaż mojego kursu online. Myślę, że to dobry moment, żeby powiedzieć, co idzie inaczej niż miało.

Po paru latach może i fajnie się wspomina, że „pracowaliśmy w garażu i początki były trudne”. My nad Kickstarterem pracowaliśmy w piwnicy. Nie będę na siłę szukać epitetów, że coś było stresujące czy przerażające. Emocje odłożę na bok i wypiszę konkrety.

Jestem z tych, co uwielbiają żyć według własnych zasad. I nie chodzi mi tu o zasady prawne czy społeczne, tylko te, które sami wypracowujemy, by działać w zgodzie ze sobą. Moje zasady znacznie upraszczają podejmowanie codziennych decyzji i po prostu regulują rytm życia. Jednak gdy robi się coś pierwszy raz, wiele rzeczy może iść inaczej, niż się z początku zakładało.

W skrócie – czym zajmowałam się przez ostatnie miesiące?

Po pierwsze, przez rok wraz z zespołem pracowałam nad projektem budowy „łazika ziemskiego”, czyli inaczej lądowego drona. Zajmowałam się głównie ogarnianiem spraw wizualnych – zatwierdzałam dizajn łazika, planowałam aplikację do sterowania, koordynowałam tworzenie stałych wizualnych czy pisałam scenariusz do filmu promocyjnego. Na bieżąco robiłam zdjęcia, budowałam strony, zajmowałam się Facebookiem i krzyczałam na chłopaków, jak zrobili coś brzydkiego/sprzecznego ze strategią i chcieli to udostępnić. Norma! Rezultaty tej pracy możecie podpatrzyć tutaj, na naszej kampanii.

Po drugie, zaczęłam tworzyć własną markę szyciową, tworzyłam pierwszy wykrój do pobrania i pierwszy kurs online dla początkujących. I tu już byłam mózgiem operacji – wymyślałam scenariusz kursu, dopracowywałam rozmiarówkę wykrojów, robiłam sesje zdjęciowe i występowałam jako nauczyciel w odcinkach lekcji. Musiałam dowiedzieć się, jakie są najlepsze sposoby dzielenia się lekcjami, jakie oświetlenie sprawdzi się najlepiej i czy zawartość lekcji odpowiada potencjalnym kursantom. Musiałam też zająć się całym przedsięwzięciem od strony prawnej, czyli założyłam działalność i wczytywałam się w przepisy. Parę rzeczy oddelegowałam, na przykład zrobienie identyfikacji wizualnej (Dawid Koniuszewski), stworzenie panelu kursu (Michał Jaworski) czy montowanie odcinków (moja siostra, która zajmuje się montażem).

 

Moje zasady, które łamałam
tworząc kampanię na Kickstarterze i kurs online

 

1. „Nie korzystam z internetu/nie patrzę w ekrany 30 minut po wstaniu.”

Uwielbiam, uwielbiam tę zasadę! Od razu po przebudzeniu oczy są jeszcze lekko zaspane, więc bez sensu męczyć się gapiąc w ekran i jeszcze odbierając od rana niepotrzebne bodźce (czytaj: odbieranie maili czy przeglądanie zdjęć na Instagramie). Pierwsze pół godziny lubię spędzać na wyprowadzaniu Czosnka na spacer – przy okazji rozbudzam się i nie potrzebuję już pobudzaczy w stylu kawa, której w ogóle nie piję. Jednak zdarzało mi się z rana odpisywać na jakieś pilne maile lub od razu siadać do jakichś zaległych obowiązków, które miały być gotowe na wczoraj. Wstyd!

 

2. „Unikam śmieciowego jedzenia.”

Pierwszy raz odkryłam, że stresy zajadam naprawdę byle czym. Nic nie potwierdzam, ale może być tak, że miałam ochotę na zupkę chińską. Może być tak, że kilka razy. Może być tak, że spełniałam te junk-foodowe zachcianki.

Mam słabość do chrupiących rzeczy i okej, czasem sięgałam po orzechy, ale dla wyrównania kolejnego dnia zajadałam je wafelkami albo staromodnymi „trójkącikami”.

 

3. „Dotrzymuję obietnic” (=dotrzymuję terminów).

Wydaje mi się, że po raz pierwszy na blogu nie wywiązałam się z jakiejś obietnicy. Chodzi o publikację mojego pierwszego wykroju do pobrania – spóźniłam się z tym dwa tygodnie!  Spóźnienie wynikało z wielu rzeczy – głównie z tego, że trudno oszacować czas, jeśli robi się coś po raz pierwszy. Ale nie usprawiedliwiam się ani trochę! Sama najbardziej na świecie nie lubię, jak ktoś nie dotrzymuje słowa, więc musicie wiedzieć, że jest mi bardzo głupio. Przepraszam Was!

 

4. „Niedziela to dzień wolny od pracy.”

Ten punkt przez ostatnie półtora roku zaburzała mi szkoła, a po szkole psuł mi szyki Kickstarter i kursy. Uwielbiam wolne niedziele, wspólne gotowanie i czytanie książek, ale nie zawsze dało się z tego dnia zrobić stuprocentowo wolny dzień.

W szyciu nauczyłam się przewidywać, co może pójść nie tak. W biznesie – jeszcze nie:) To screen z lekcji kursu, w której tłumaczę najczęstsze błędy w obsłudze maszyny.

5. „Przed południem mam za sobą najważniejsze zadanie w dniu.”

Czasem nie wychodziło, zwłaszcza gdy tych najważniejszych zadań było więcej niż jedno. Jednak wciąż uważam, że ta zasada świetnie układa rytm dnia i pomaga przestać być leniwym placuchem!

Najbardziej zadowolona z siebie byłam, gdy zaczynałam dzień właśnie od czegoś dużego, na przykład od pisania scenariusza lekcji kursu. Potem zwykle robiłam szybką przerwę na Instagram, dawałam się rozproszyć odpowiadaniem na maile, załatwiałam telefony/zakupy i tak dalej. Po obiedzie zwykle tracę moce kreatywne, dlatego wtedy najlepiej jest mi siedzieć nad czymś powtarzalnym, na przykład edycją zdjęć. Na koniec zostawiałam sobie rzeczy przyjemne, na przykład planowanie, jak opakuję paczki dla kursantów pakietu rozszerzonego i co jeszcze mogę dorzucić do środka, żeby pozytywnie zaskoczyć odbiorcę. Albo pisałam ten wpis na bloga!

Nie jestem mistrzem organizacji czasu, ale dzielę się tym pomysłem, bo dla mnie działał najlepiej. Zwłaszcza w dniach, kiedy naprawdę się go trzymałam:)

 

6. „Wstaję od razu po budziku i chodzę spać przed północą.”

Jako że przy Kickstarterze nastawialiśmy się na sprzedaż głównie na Stany (co okazało się być słuszne), musieliśmy działać i publikować treści dla innych stref czasowych – czasem po północy wysyłałam jeszcze maile, poprawiałam grafiki albo wrzucałam coś na Facebooka. Na szczęście te dni należały do rzadkości, ale zwłaszcza na początku kampanii nadwyrężałam mój zegar biologiczny. Wtedy jeszcze myśli się, że popracowanie jeszcze 10 minut na pewno coś zmieni.

Oczywiste było, że po jednym takim dniu wstanie o zwyczajnej porze było niemożliwe i zwlekałam się z łóżka grubo po czasie. Bez chęci na robienie czegokolwiek.

Przy tworzeniu kampanii crowdfundingowej idealnie sprawdza się zasada Pareta – 20% działań przynosi 80% rezultatów, w tym kontekście – sprzedaży. Podejrzewam, że u nas, jako że nasz produkt nie należy do tanich, proporcje byłyby raczej 5% do 95%. Jednak jako że to nasza pierwsza kampania, próbowaliśmy robić wszystko i być wszędzie, bo nie mieliśmy zidentyfikowanych tych pięciu działających procent. Przykładowo – gdy napiszecie do stu portali, odpiszą może trzy z nich. Skąd wiedzieć, które? Nie wiadomo, trzeba skontaktować się z wszystkimi. Skąd wiedzieć, czy ta publikacja przełoży się na sprzedaż? Nie da się tego zgadnąć. W ciągu kampanii informacje o nas, zdjęcia, filmy lub wywiady opublikowało ponad 200 portali, z czego wzrost sprzedaży zarejestrowaliśmy po może pięciu. Trzeba było działać na chybił-trafił. I często działać po nocach.

Przykład działania na oślep – czy warto było poświęcać cały dzień i jechać na otwarcie habitatu Lunares w Pile? Na pewno nie przełożyło się to na bezpośredni zysk, ale może ktoś z kupujących przekonał się do łazika po zobaczeniu zdjęć z astronautami? Może osoby, które go wtedy widziały, będą zainteresowane łazikiem w przyszłości? Trudno powiedzieć!

 


 

To chyba wszystko! Chętnie dowiem się, czy też macie jakieś swoje zasady i z jaką skutecznością się ich trzymacie. Tylko nie zawstydzajcie mnie za bardzo i nie mówcie, że wszystko Wam wychodzi, zawsze wstajecie o 6:00 i chrupiecie wyłącznie jagody goji!

PS: dosłownie dwie godziny temu nasza kampania została ufundowana! Kicstarter działa na zasadzie wszystko albo nic, więc właśnie okazało się, że MAMY TO! ♡

 


 

Zostańmy w kontakcie!