Pół roku temu dowiedziałam się o zero waste i napisałam, że planuję wprowadzić w życie kilka zmian, dzięki którym ograniczę generowanie śmieci. Bardzo często pytacie o to, jak mi idzie, dlatego dziś przychodzę z aktualizacją!

Zero waste to nurt, który wywołał u mnie lawinę zmian. Nie była to lawina z rodzaju tych, pod którymi giną nawet łosie – raczej lawinka, o której powiedziałoby się w lokalnym radiu.

Ostatnio pisze się w gazetach i książkach o bardzo wielu nurtach – obok zero waste jest choćby minimalizm, hygge, moda na weganizm. Uważam, że z każdym takim nurtem warto się zapoznać i zastanowić się, co najlepszego można z nich wynieść dla siebie.

Wierzę, że nie musimy jednak siedzieć w szuflakach i pilnować tego, żeby mieć kolekcję zgrabnie określających nas słów. Każdy powinien żyć w zgodzie ze sobą, a nie tak, jak to określa kolejny poradnik jak zostać odpowiednio-mało-mającym minimalistą (w kwestii minimalizmu – uważam, że warto podczytywać Kasię, bo ma do tego zdrowe podejście). Nigdy nie starałam się na siłę „odhaczyć wszystkich haczyków”, żeby móc powiedzieć, że żyję zgodnie z którąś z filozofii. To w sumie byłoby bardzo męczące i – chociażby w przypadku moim i zero waste – wręcz niewykonalne! A przy szyciu nie da się nie generować odpadów. Można je ewentualnie minimalizować.

Dlatego nie mogę powiedzieć, że jestem zero waste. Jeśli już trzeba to jakoś nazwać, jestem less waste. Ale najlepiej nie nazywać, bo w sumie po co?

 

Jak ograniczam generowanie odpadów?

Jestem pewna, że absolutnie każdemu zapoznanie się z zero waste wyjdzie na dobre. Patrząc z perspektywy środowiska, troszeczkę mniej je naruszamy. Patrząc z perspektywy naszych portfeli – oszczędzamy. Gdy mamy się pozbyć starych mebli, zamiast na szybko płacić za kontener – wystawimy meble na OLX. Nawet jeśli po prostu oddamy je za darmo, wychodzimy na plus.

Daleko mi jednak do radykalnych zmian związanych z ograniczeniem produkcji odpadków. Dlatego po prostu szczerze opiszę Wam, co zmieniło się u mnie w ciągu ostatniego pół roku. Od razu mówię – żadna z tych zmian nie była bolesna, wszystkie wymagały po prostu przerobienia starych nawyków.

 

    • Chodzę na zakupy z własnymi torbami i woreczkami – wciąż zdarza mi się wrócić do domu z jakąś foliówką, ale to zwykle przez to, że nie zaplanowałam dobrze zakupów (=nie miałam wystarczającej liczby toreb) lub kupowałam mięso. A tak a propos mięsa…

 

    • Jem mięso, ale staram się zjadać to, co większość ludzi uważa za odpadki. Zamiast steka czy schabowego wolę zjeść ozorki, serca czy policzki wołowe. Jak typowa emerytka nauczyłam się nawet robić galaretę z nóżek!
      Mam jeszcze małe spostrzeżenie – od kiedy zrobiłam sobie parę dni na diecie warzywnej, mięso smakuje mi mniej i jem je rzadziej. Nauczyłam się za to gotować kilka bezmięsnych dań. Moim popisowym jest hummus z karmelizowaną cebulką. Pychota!

 

    • Robię popcorn w patelni, kasze i bakalie kupuję na wagę. Lubię chrupać przy oglądaniu filmów, więc nie wyobrażałam sobie rezygnacji z popcornu. Okazało się jednak, że popcorn da się zrobić w patelni, poza tym kupowany na wagę jest super tani. Zdążyłam już odkryć moje ulubione przepisy. Wyobraźcie sobie tylko – domowy popcorn maślany czy o smaku solonego karmelu, istny obłęd!
      Ryże i kasze kupuję w Auchan na wagę – nikt nie robi problemu z tego, że przychodzi się z własnym woreczkiem. Bakalie zwykle kupuję w pobliskim warzywniaku, bo mam pewność, że zawsze są świeże.

 

    • Kompostuję – kilka dni temu mąż zrobił mi wspaniały prezent – zbił mi kompostownik ze starych dech, które mieliśmy na ogródku! Uczyłam się kompostować z internetu, żeby poznać podstawowe zasady (przy okazji, to niesamowite, w internecie można znaleźć absolutnie wszystko za darmo).
      Początkującym polecam na przykład ten krótki film o kompostowaniu.

 

    • Piorę orzechami piorącymi, sodą i boraksem – w różnych proporcjach. Co prawda nie oszczędzam tu opakowania (nie znalazłam punktu, gdzie mogę kupić sodę na wagę), ale czuję, że w ten sposób dbam o moją skórę i środowisko. Wiele proszków i płynów zwyczajnie mnie uczulało, poza tym nie lubię mocno pachnących ubrań, więc z tej zmiany jestem bardzo zadowolona.

 

    • Nie używam jednorazowych środków higienicznych – na palcach jednej ręki mogę policzyć wszystkie waciki, tampony czy chusteczki higieniczne, których użyłam przez ostatnie pół roku. Da się!

 

    • Używam butelki z filtrem – po pierwsze nie muszę kupować plastikowych butelek, a po drugie oszczędzam sporo pieniędzy. Woda na dworcach czy na lotniskach kosztuje czasem nawet 7 złotych, a ja przefiltruję litr za kilkanaście groszy.
      Kupiłam butelkę Dafi, bo jest dostępna w Rossmanie. Nie mogę jej jednak polecić z czystym sumieniem, bo gdy woda jest w niej zbyt długo, zaczyna pachnieć plastikiem. Nie wiem, czy to przypadłość butelek akurat tej marki, macie jakieś inne doświadczenia?

 

    • Kupuję używane rzeczy i grzebię w śmieciach. Jesteśmy na etapie urządzania mieszkania i ogromną frajdę daje mi wyszukiwanie używanych mebli. Ostatnio wygrzebałam nawet cudną szafkę nocną z… kontenera na śmieci. Nie wiem, jak można wyrzucić takie cacko, bo według mnie ta szafka jest idealna: ma dwa blaty, malutką szufladę i bardzo pojemne półki. Na pewno pokażę Wam ją po renowacji (od czasu do czasu wrzucam postępy na Insta Stories).

 

    • Sprzedaję i oddaję zamiast wyrzucać. Oddaję resztki tkanin na grupach na fejsie, oddaję wytłoczki po jajach do lokalnego warzywniaka. Ostatnio sprzedaję też niepotrzebne rzeczy na OLX. Zwlekałam z tym bardzo długo i to było bez sensu, bo rzeczy z czasem tylko tracą na wartości. Dlatego jeśli macie coś na zbyciu, polecam wystawianie tych rzeczy na sprzedaż, choćby po jednej sztuce. Sama mam teraz na zbyciu buty z Fun in Design i Ryłko.
    • Segreguję śmieci i jestem w tym coraz lepsza! Nie uczono mnie tego od dziecka, ale mam nadzieję, że kolejne pokolenia Polaków będą dużo lepiej wyszkolone w tych kwestiach. Przy okazji podrzucam Wam ciekawy reportaż o mieście, które segreguje śmieci na bardzo wiele rodzajów i ostatecznie prawie wszystkie można poddać recyklingowi.

 

***

Nie chciałabym, żebyście mieli mylne wrażenie o tym, co robię, dlatego powiem Wam też o śmieciach, które zaczęłam generować. Bo nie, nie wszystko zmieniło się na lepsze!

Po pierwsze, w ciągu ostatniego pół roku wzięłam ślub. Przy przygotowywaniu wesela brałam uwagę to, żeby używać jak najmniej jednorazowych rzeczy. Pożyczyłam ciepłą narzutę od Asi, kupiłam buty, w których chodzę latem. Dekoracje były roślinne, uniknęliśmy konfetti, balonów i innych niepotrzebnych ozdób, jednak nie obyło się już bez styropianowych tacek na jedzenie. Do tej pory nie wiem też, co zrobić z samą sukienką.

Teraz, jako że mamy sporo roboty z łazikami, zdarza nam się zamawiać jedzenie z cateringu, które zwykle przychodzi w jednorazowych pudełkach.

Poza tym… mamy psa! Poznajcie Czosnka! Czosnek to psie dziecię przygarnięte ze schroniska parę tygodni temu. Pewnie część z Was kojarzy już jego mordkę z Instagrama, reszcie Czosnek przekazuje serdeczne gryzące dzień dobry:) Pies wiąże się z dodatkowymi odpadami, choćby kupoworeczkami czy opakowaniami na karmę. Jeszcze nie myślałam o tym, jak by te psie odpadki jakoś optymalizować, ale przyjdzie na to czas.


To tyle na dziś! Wiem, że mogę jeszcze sporo zmienić. Dajcie znać, czy macie jakieś inne metody na śmiecenie mniej, które łatwo było wprowadzić w życie!


Zostańmy w kontakcie!

Zapisz

Zapisz

Zapisz