szycie własnej sukni ślubnej, kulisy szycia sukni ślubnej

Postanowiłam uszyć swoją suknię ślubną sama. Zawsze było to moje marzenie – nie miałam wątpliwości, że chcę podjąć się tego zadania. Pytania, które zadawałam sobie przed rozpoczęcie procesu to: czy szycie własnej sukni ślubnej to bardziej płacz i złość czy może uśmiech i radość? Czy da się to zrobić na luzie, tak jak planowałam, czy może przyszłą panną młodą zaczyna trząść tuzin nieprzewidzianych emocji? Opowiem Wam, jak to jest naprawdę. I pokażę parę zdjęć zza kulis:)

Chciałam szyć własną suknię – a co na to otoczenie? Nim zaczęłam w ogóle szyć, dowiedziałam się, że tak się nie robi, bo to przecież przynosi pecha! Nie obchodzą mnie tego typu zabobony, a po tym, jak usłyszałam to od pięciu różnych osób, już spokojnie mogłam się z tego śmiać. W tematyce ślubnej jest masa zabobonów, więc jeśli tak jak ja szyjesz swoją suknię i – o zgrozo! – bierzesz ślub w miesiącu bez literki „r” – popracuj albo nad sensownymi argumentami, albo nad taktownym ignorowaniem tego typu komentarzy :)

 

Koncepcje i tworzenie formy

Koncepcję sukni miałam w głowie już dawno, jednak dla pewności udałam się na przeszpiegi do salonu sukni ślubnych. I jak dobrze, że to zrobiłam! Okazało się że w wyglądającym zwiewnie i eterycznie tiulu czuję się jak sztywny balon. O wiele bardziej spodobały mi się muśliny i ostatecznie zdecydowałam się na uszycie całej sukni z tego materiału.

Potem przyszedł czas na konstruowanie sukni. Nie chciałam korzystać z własnych wykrojów, bo umiem robić je sama. Chciałam, żeby cały proces był jak najbardziej wyrafinowany – miara zdejmowana w odpowiednich butach, siatka konstrukcyjna na moje wymiary, modelowanie i tak dalej. Nie chciałam pójść na skróty w żadnym z tych etapów. I muszę przyznać, że uwielbiałam ten proces!

 

Szycie sukni ślubnej… ale moment, to dopiero próby!

Pierwsza próbna sukienka powstała pod koniec grudnia. Skleciłam ją na szybko ze starych prześcieradeł. W żaden sposób nie dała mi wglądu w to, jak będzie się układać materiał – chciałam tylko sprawdzić konstrukcję i upewnić się, że podobają mi się takie linie i cięcia.  I tu sukienka spełniła swoją rolę świetnie – okazało się, że dekolt na plecach brzydko układa się na łopatkach, a pasek lepiej jest naszyć na materiał, a nie wszywać między górę a spódnicę (co to w ogóle za pomysł?!). Tak więc dekolt i parę innych drobiazgów poszło do poprawki.

Przód – ok.
Materiał odstaje na łopatkach, a wszyty pasek zamiast maskować ewentualne naprężenia, uwydatnia je. Do poprawy!

Te drobne poprawki i zmiany były wpisane w mój harmonogram szycia, więc niczym się specjalnie nie przejmowałam. Bardzo mi się to wszystko podobało, bo czułam, że tworzę coś porządnego! Zapewne przy większym doświadczeniu z takimi sukniami można przez ten proces przejść trzy razy szybciej, jednak ja chciałam rozkoszować się każdym etapem. Dlatego powstała… kolejna próbna suknia:)

Test przezroczystości – trzeba zrobić więcej warstw!
Sznurki pokazują linie materiału – tu mała symulacja, żeby ocenić, czy podoba mi się ta kompozycja z docelowych materiałów.

Kolejna sukienka miała mieć trochę inną funkcję – chciałam obyć się z muślinem, który jest dość trudnym materiałem do szycia. Miałam to szczęście, że dostałam pudło (!) muślinów od znajomej krawcowej. Znalazłam tam wszystko, czego potrzebowałam i rozpoczęłam proces na nowo, tym razem z myślą o porządnych wykończeniach.

No i znów – bardzo dobrze, że to zrobiłam! :)

Szyło mi się cudnie, bo cały proces od A do Z porządnie rozplanowałam w głowie. Najpierw zrobiłam próbki wykończeń, potem skroiłam materiał, a samo szycie rozłożyłam na ponad tydzień. Na szybko wszywałam już tylko zamek i pasek – reszta sukienki została uszyta naprawdę nieźle!

I po ubraniu jej – już białej, długiej, z odpowiednią linia dekoltu na plecach – poczułam ogromną dumę. Stwierdziłam, że od biedy mogłabym nie szyć kolejnej, tylko wziąć ślub w tej. Nie chciałam jej zdejmować i jak dziecko kręciłam się w kółko przed lustrem – musicie wiedzieć, że muślin krojony z koła pięknie wygląda w ruchu!:)

Test pleców, ramiączka jeszcze na szpilce – w drugiej wersji układają się już niebo lepiej. (Ten nadrzut/luz z boku jest planowany.)
Już po uszyciu całej „bazy”. Test warstwy wierzchniej i rękawa – oczywiście z firanki z lumpeksu, a nie koronki :) (Docelowo zaszewka w koronce będzie szyta razem z tkaniną, więc nie będzie aż tak widoczna.)

 

No dobra, to też musiało się stać

Jednak kolejnego dnia, gdy ubrałam ją ponownie już bez euforii, wypatrzyłam jeszcze sporo rzeczy do zmiany. To bardzo infantylne, ale zrobiło mi się smutno, że pomimo całej tej pracy coś jeszcze jest tam nie tak. To jest jednak dość ważna sukienka, z którą wiąże się wiele emocji. Miałam już myśli, że jestem złym konstruktorem, szyję okropnie i być może powinnam zająć się uprawą truskawek, a nie tym wszystkim, czym się zajmuję.

W tamtym momencie poczułam, że robię się tą mazgającą panną młodą, którą tak bardzo nie chciałam być! Zrobiłam sobie trzy tygodnie przerwy, bo czułam, że to jedyny sensowny lek na bezsensowne emocje. W tym tygodniu… zaczynam już szyć tę WŁAŚCIWĄ suknię ślubną:) Już ze świeżym umysłem, z optymizmem, ze spokojem.

 


 

Cieszę się, że dałam sobie sporo czasu na ten proces – dzięki temu nie stresuję się, nie płaczę po nocach, a parotygodniowa przerwa nie zepsuła moich planów. Jedna z prowadzących ze szkoły wspominała mi, że do swojej sukni ślubnej w noc przed ślubem, ze łzami w oczach i z zestresowaną przyjaciółką obok doszywała… kilkadziesiąt guziczków zapinających sukienkę. I to jest dokładnie ta sytuacja, której chcę uniknąć.

Bardzo chciałabym, żeby wszystkie panny młode rozważające szycie własnej kiecki wiedziały o tych wszystkich emocjach i porażkach na drodze do wymarzonej sukienki. Gdy już uszyję swoją kiecę i upewnię się, że mój plan był dobry, chętnie spiszę poszczególne etapy szycia i ich przybliżoną realizację. Mam nadzieję, że z tego skorzystacie i mimo wszystko upewnię Was, ze szycie własnej sukni ślubnej to nie jest jakiś kosmos. I że WARTO :)

Sama wciąż mam momenty zwątpienia, ale hej – plułabym sobie w brodę, gdybym dała to do zrobienia komuś innemu!

Niech moc porządnie zaplanowanego szycia będzie z Wami! A za mnie trzymajcie kciuki:)

 


Zostańmy w kontakcie!

A tekst powstał w ramach tagu #post15minut – to taka zabawa, która ma zachęcić do powrotu do początków blogowania, czyli bardziej emocjonalnych tekstów, takich od siebie. Według założenia tego tagu miałam napisać cały tekst w kwadrans, jednak pisanie rozciągnęło mi się do 50 minut – jak na mnie to i tak rekord spontaniczności i szybkości! Jeśli chcecie, dołączcie do tej zabawy i sprawdźcie, czy wciąż potraficie pisać szybciej i bardziej od siebie:)

Zapisz

Zapisz

Zapisz